Hostel zamiast pięciu gwiazdek. Dlaczego na samotnej wyprawie rowerowej wybieram ludzi
Tym tekstem otwieramy na Zotikos.pl nowy dział poświęcony noclegom. Będziemy dzielić się w nim osobistymi wrażeniami z hoteli, hosteli, kempingów i innych miejsc, w których zatrzymujemy się podczas podróży. Obok relacji z konkretnych obiektów pojawią się też nasze przemyślenia o tym, gdzie i jak nocować – kiedy wybrać hotel, kiedy hostel, a kiedy rozbić namiot na kempingu. Nie chodzi nam wyłącznie o standard, wyposażenie i cenę, ale również o atmosferę, spotkanych ludzi i to, jak dane miejsce wpisuje się w charakter wyjazdu.
Hotelowe lobby czy hostelowa kuchnia?
Oczywiście nie każde hotelowe lobby jest pełne milczących ludzi i nie każda hostelowa kuchnia tętni rozmowami. Ten kontrast dobrze jednak oddaje to, czego szukam w podróży.
W pięciogwiazdkowym hotelu mogę dostać przestronny pokój, świetne łóżko i obsługę, która zadba o mój komfort. Tyle że wieczór prawdopodobnie spędzę sam, pomiędzy ekranem telefonu a telewizorem.
W hostelu punktem spotkania bywa zwykły kuchenny stół. Ktoś gotuje makaron, ktoś robi herbatę, ktoś zastanawia się, co zobaczyć następnego dnia. Rozmowa nie wymaga specjalnej okazji. Zaczyna się od pytania o sól, wolne krzesło albo o to, skąd przyjechałeś.
Na rowerowej wyprawie odpowiedź na to ostatnie pytanie potrafi być początkiem dłuższej historii.
Najlepsza część wieczoru nie musi być w planie
We wspólnej kuchni spotykają się ludzie, których trasy na chwilę się przecinają. Każdy przyjechał skądś indziej i każdy ma inny pomysł na dalszą podróż. Nie trzeba mieć podobnego wieku, zawodu czy budżetu, żeby znaleźć temat do rozmowy.
Dla mnie właśnie to jest jedną z największych wartości hostelu. Przez cały dzień mogę jechać własną drogą, a wieczorem usiąść przy wspólnym stole. Posłuchać, jak podróżują inni, wymienić się wskazówkami albo po prostu zjeść kolację w czyimś towarzystwie.
Nie każda taka rozmowa musi przerodzić się w wieloletnią przyjaźń. Krótka znajomość też ma znaczenie. Czasem wystarczy przyjemny wieczór, czyjaś opowieść albo polecone miejsce, którego nie miałem wcześniej na mapie.
Ktoś staje się częścią mojej opowieści, moja opowieść częścią czyjejś.
Wspólna przestrzeń nie oznacza rezygnacji z prywatności
Docenianie hostelowej atmosfery nie oznacza, że zawsze mam ochotę spać w wieloosobowym pokoju. Po wymagającym etapie mogę potrzebować przede wszystkim odpoczynku.
Dlatego bliskie jest mi rozwiązanie łączące własną przestrzeń z dostępem do części wspólnych. W tekście będącym punktem wyjścia do tych rozważań a&o Hostels przedstawia właśnie taki wybór: pokoje prywatne lub wieloosobowe, a obok nich miejsca, w których goście mogą się spotykać.
Z mojej perspektywy ważniejsza od samej liczby łóżek w pokoju jest możliwość wyboru: mogę odpocząć sam, ale nie muszę spędzać całego wieczoru w samotności.
Luksus, którego nie mierzę gwiazdkami
Nie wybieram hostelu dlatego, że nie doceniam wygodnych hoteli. Po prostu podczas samotnej wyprawy rowerowej szukam czegoś innego niż podczas wyjazdu nastawionego na wypoczynek w hotelu.
Potrzebuję dobrego noclegu, ale cenię też miejsce, w którym łatwo zamienić z kimś kilka słów. Gdzie nie jestem wyłącznie gościem mijającym innych gości w windzie.
Dlatego hasło „Społeczność to nowy luksus” dobrze pasuje do mojego sposobu podróżowania. Po całym dniu na rowerze luksusem może być dla mnie zwykłe krzesło przy wspólnym stole i rozmowa, której nie dało się wcześniej zaplanować.
Pięć gwiazdek robi wrażenie. Ale na samotnej wyprawie rowerowej nieraz więcej znaczy proste pytanie: „Siadasz z nami?”.
Na początek – moja opowieść o tym, dlaczego podczas samotnych wypraw rowerowych tak cenię hostele i dlaczego wspólna kuchnia potrafi dać mi więcej niż eleganckie lobby pięciogwiazdkowego hotelu.
W lobby pięciogwiazdkowego hotelu każdy może siedzieć w wygodnym fotelu, a mimo to pozostawać w swoim świecie – z wzrokiem utkwionym w laptopie albo telefonie. W hostelowej kuchni wystarczy zapytać, czy garnek jest wolny, żeby zacząć rozmowę. Właśnie dlatego podczas samotnych wypraw rowerowych tak cenię hostele. Po dniu spędzonym na trasie największym luksusem nie zawsze jest dla mnie cisza i prywatność. Czasem jest nim towarzystwo.
Sam na rowerze nie znaczy samotny
Lubię niezależność, którą daje podróżowanie rowerem w pojedynkę. Sam wybieram trasę, ustalam tempo i decyduję, kiedy zrobić przerwę. Nie muszę z nikim negocjować kolejnego podjazdu ani tłumaczyć, dlaczego zatrzymuję się na zdjęcie po raz piąty w ciągu godziny.
Ale niezależność nie oznacza, że przez cały wyjazd chcę być sam.
Po kilku godzinach pedałowania przychodzi ochota, żeby z kimś porozmawiać. Opowiedzieć o drodze, zapytać o miasto albo posłuchać historii zupełnie innej niż własna. I właśnie wtedy hostel okazuje się dla mnie czymś więcej niż miejscem, w którym można się wykąpać i przespać przed kolejnym etapem.